web analytics

O tym, jak nieomal powstrzymałem Szkarłatnego Króla

O tym, jak nieomal powstrzymałem Szkarłatnego Króla

Elliot Star (opracowała Wiktoria Król)

W moje ręce wpadł niedawno rękopis znaleziony podczas remontu domu w centralnym Londynie. Ze względu na dobre zabezpieczenie tekst pozostał nietknięty przez ponad sto lat. Nie jest to fragment powieści, a prawdziwy zapis wydarzeń, które przydarzyły się pewnemu mężczyźnie wynajmującemu tam pokój.

Autor przedstawiający się jako pan Elliot Star bardzo dobrze znał historię i topografię dziewiętnastowiecznego Londynu. Można zatem twierdzić, że rzeczywiście był jego mieszkańcem w tamtym okresie. Niepokojące jest jednak to, że miesza wydarzenia w czasie. Dlatego pozwoliłam sobie poczynić klika przypisów, które pomogą czytelnikowi w lekturze tych chaotycznych acz fascynujących zapisków.

Czy w Tamizie znajdowało się leże demona? Czy może dziennik ten jest jedynie produktem schorowanego umysłu? Na to pytanie musi odpowiedzieć sobie sam czytelnik. Pragnę zaznaczyć, iż w archiwum Królewskiego Szpitala Bethlem nie zachowały się żadne zapiski o pacjencie o tym nazwisku.

 

Londyn, wielkie szambo, do którego nieodparcie spływają włóczędzy i nieroby z całego Imperium

— Arthur Conan Doyle, Studium w szkarłacie

 

Byłem w Londynie wszystkiego osiem dni, lecz jakże szerokie obrazy […] pozostawił w mojej pamięci […]. Jest to niemal biblijny obraz, coś jak Babilon, jakieś proroctwo z Apokalipsy, spełniające się na naszych oczach […]. Baal króluje i nawet nie żąda posłuszeństwa, bo jest jego pewien […]. Z pogardą pozwala, aby wszystkie te podejrzane i złowieszcze zjawiska żyły wraz nim, u jego boku, na otwartym terenie

— Fiodor Dostojewski, Zimowe notatki o wrażeniach z lata

***

Kiedy czytacie te słowa, prawdopodobnie już nie żyję. Prawdopodobnie nie przeżył w Londynie nikt. A może nawet i w całym Albionie. Próbowałem ze wszystkich sił powstrzymać rodzące się zło, ale poległem. Dlatego chciałem opowiedzieć wam tę historię.

Nazywam się Elliot Star, a wszystko zaczęło się na Silver Street. Jeśli nie znacie aż tak dobrze Londynu, to wiedzcie, że rzeczona ulica znajduje się w kwadracie między Oxford Street, Regent Street, Piccadilly i Soho Square.

Wynajmowałem od wdowy, pani Melody Bug, skromny pokój na pierwszym piętrze. Była ona doprawdy przecudowną osobą. Często mnie odwiedzała, przynosząc herbatę albo przepyszne kruche ciasteczka własnej roboty. Czasem miałem wrażenie, że traktuje mnie jak syna, którego nigdy nie miała.

W tamtym okresie interesowały mnie mechanizmy zegarowe, choć żeby zarobić na życie trudniłem się naprawą katarynek, mechanicznych zwierzątek czy ostrzeniem noży i nożyczek. Miałem aspiracje, żeby zrobić lepszego automatona, niż na początku wieku uczynił to Henri Maillardet. Chciałem, aby mój automaton mógł pomagać ludziom, a nie tylko kreślić rysunki i pisać wiersze. Moje plany były czymś większym, niż nędzne jarmarczne sztuczki.

Nadzwyczajny pomysł pojawił się, gdy pewnej nocy nie mogłem zasnąć, nie wiem, czy z powodu plagi much, czy duchoty. Wyszedłem z domu i, jak zawsze, zacząłem spacer od trzech okrążeń wokół Golden Square. Za każdym razem, gdy wychodziłem z domu, nie wiedzieć dlaczego czułem, że jeśli nie zatoczę kółeczek i nie dotknę na koniec tego zielonego parkanu po prawej, stanie się coś bardzo złego. Kiedy tak sobie szedłem, zauważyłem stragan z kawą1. Choć było już późno, w kolejce stało wiele osób. Niektórzy, zapewne jak ja, nie mogli spać, inni szukali nocnych przygód. I wtedy, zupełnie jakby ktoś wyszeptał mi to do ucha, wpadłem na to, jak mój nie zbudowany jeszcze automaton miałby przysłużyć się ludziom.

Pospiesznie wróciłem do swego pokoju i od razu zabrałem się do szkicowania. Byłem niesamowicie podekscytowany i nad ranem miałem już gotowy projekt. Gdy tylko zaczęło świtać, zjawiła się u mnie pani Bug, która zawsze mnie budziła. Przedstawiłem jej projekt i tak narodził się pomysł na naszą jakże nowatorską kawiarnię – Star & Bug’s Coffee. Mój automaton potrafił robić kawę bez pomocy ludzkiej ręki!

Gdy ja zajmowałem się budowaniem mechanizmu, pani Bug wydzierżawiła odpowiedni lokal. Gdybyście tylko mogli zobaczyć te kolejki ludzi chcących ujrzeć cud techniki. Wszyscy przychodzili do nas na kawę, a ja zyskałem stały dochód, dzięki któremu mogłem poświęcić się całkowicie memu hobby. Pewnie zostałbym współwłaścicielem kilku kawiarń i stoisk z kawą na ważniejszych ulicach, gdyby nie pewne wydarzenie, które zmieniło całe moje życie.

Elliot Star

[list znaleziony pomiędzy kartkami pamiętnika]

***

Czwartek, 1 czerwca

Nie wiem, co mnie dziś podkusiło, aby udać się nad rzekę w okolice Somerset House. Komu o zdrowych zmysłach przyszłoby do głowy przechadzać się nad brudną, malaryczną wodą?

Przedziwnym trafem nie wisiała tam aż tak gęsta mgła jak zazwyczaj, panował za to przeokropny smród. Nawet nie wiem jak opisać tę mieszankę najgorszych zapachów. Coś pomiędzy końskim łajnem na cmentarzu, starym moczem, zepsutymi jajami i nieumytym ciałem.

Przyłożyłem więc do nosa chusteczkę lekko skropioną wodą kolońską i poczułem (w środku, a nie w nosie), że coś mnie ciągnie na most Waterloo, potocznie zwany „łukiem samobójców”2. A w dodatku, nie wiedzieć czemu, nie zrobiłem moich trzech kółeczek dookoła Golden Square!

Przerażony przystanąłem na moście i, tłumiąc odruch wymiotny, wpatrywałem się w nurt niosący przeróżne śmieci: kawałki desek, garnki, szmaty, odchody, czasem truchła zwierząt. Przy czym „niosący” to za duże słowo. Kiedyś obserwowałem martwego konia tak napęczniałego od gazów gnilnych, że prawie eksplodował. Przepłynięcie pomiędzy mostem Waterloo a Blackfriars zajęło mu ponad pół dnia3. Człowiek przechodzi zaś tę trasę w kwadrans.

Dla niektórych to czarne bagno było prawdziwą żyłą złota. Zbieracze, od mostu Vauxhall, aż po Woolwich, wyciągali wszystko, co dało się sprzedać, a potem przetworzyć. Z samego rana brodzili w mule, szukając skarbów.

Gdy tak myślałem o tych biednych ludziach żyjących w szlamie, nagle usłyszałem szmer. Czy to ktoś stojący niedaleko? Czy może tylko brzęczenie muszysk latających dookoła? Odgoniłem je i nasłuchiwałem, głos dobiegał z rzeki. Wtedy zdałem sobie sprawę, że słyszałem go już wcześniej – tej pamiętnej nocy, gdy wymyśliłem mojego automatona. Właściciel przedstawił mi się jako Baalzebub, budzący się w odmętach szamba zwanego przez nas Tamizą4.

Wtorek, 6 czerwca

Nie mogę spać. A gdy w końcu zasnę, od razu się budzę. Mimo to mój umysł pracuje na wyższych obrotach, jakaś tajemnicza siła jest parą, która napędza maszynerię w mojej głowie.

Baalzebub przemówił do mnie, gdy leżałem w łóżku. Na początku myślałem, że to miazmaty wydostające się z okolicznych kanałów powodują u mnie omamy. Zaniepokojony, z samego rana udałem się niedaleko, na Berwick Street, do kościoła Św. Łukasza, aby spytać o radę w sprawie potencjalnego opętania. Wielebny poinformował mnie, że nie mam się czym martwić, że pewnie piję za dużo laudanum, zjadłem zatrute ciastko (co w dzisiejszych czasach zdarza się nader często), albo to po prostu wina powietrza. Rzeczywiście, od kiedy nastąpił szał na parowe pojazdy na ulicach, powietrze było gęste jak zupa grochowa.

Czwartek, 8 czerwca

Niestety głos demona słyszę nadal. Sam nie wiem, dlaczego zdradza mi swe pomysły zniszczenia miasta, gdy już powstanie z dna śmierdzącej Tamizy. Może uznał, że jestem świetnym słuchaczem. Zaczynam się niepokoić, że ów Baalzebub to twór prawdziwy, i że naprawdę wyłoni się z rzeki i nas wszystkich pożre. Dlatego na wszelki wypadek uznałem, że muszę wymyślić sposób, aby go zatrzymać.

Zwierzyłem się z mojego pomysłu pani Bug, ale staruszka pomyślała, że od całego tego kawowego interesu pomieszało mi się w głowie. Nie brano mnie na poważnie, co mnie bardzo bolało.

Piątek, 9 czerwca

Wciąż nie mogę spać.

Zacząłem obserwować nabrzeże od strony Wapping, gdyż demon wspomniał kiedyś o dokach. W tamtych rejonach Tamiza kreśliła zawijasy i była dość szeroka, więc na początku uznałem, że siedziba demona znajduje się właśnie tam. Dodatkowo, jak sam twierdził, żywił się odpadami, a okolice doków obfitowały w przedziwne resztki wyrzucane ze statków i okolicznych przetwórni żywności: kości, skóry, zepsute mięso, trzewia i inne organiczne odpady w różnym stadium rozkładu.

Nie znalazłem odchyleń od normy w wyglądzie wody, więc obserwację powtórzyłem po drugiej stronie rzeki, w okolicy doku św. Zbawiciela, zwanego potocznie Wonnym Dokiem albo Ściekową Wenecją. Zacumowane barki z węglem pokrywa oślizgła substancja w kolorze patyny, a na wodzie tworzy się warstwa brudnej piany o trupim smrodzie. Ścieki odprowadzane przez garbarzy i kapeluszników powodują, że woda jest w tym miejscu zielona. Nie wiem, jak mieszkający w tej okolicy ludzie mogą ją pić.

Poniedziałek, 12 czerwca

Doszedłem dziś niemal do Isle of Dogs. Tam przynajmniej nie było niemiłych zapachów, północna część pachniała nierafinowanym cukrem, a południowa daktylami i herbatą. W drodze powrotnej pokręciłem się zaciekawiony po dokach. Oglądałem, jak po drodze toczone są beczki pełne przypraw, przeróżnego alkoholu i oleju palmowego. Pracownicy uwijali się jak pszczoły w ulu, nosząc skrzynie pełne cukru, opium, chemikaliów. Przed oczyma miałem cały świat zgromadzony w jednym miejscu: muśliny ze Smyrny, mąkę z Ameryki, drewno z Kanady, przyprawy z Indii.

Stałem zafascynowany tym spektaklem, aż w końcu ktoś mnie potrącił i krzyknął coś w obcym języku. Zszedłem na chodnik i postanowiłem wrócić do domu. Skoro miałem zniszczyć Baalzebuba, nie mogłem tak włóczyć się bez celu – potrzebowałem dobrego planu.

Środa, 14 czerwca

Po tych kilku dniach brodzące w mule dzieci zaczęły mnie rozpoznawać i rzucać we mnie błotem5. Dałem im kilka pensów, żeby sobie coś kupiły i dały mi spokój.

Dostrzegłem kloacznych łowców, grupę mężczyzn trudniących się poszukiwaniem w kanałach wszystkiego, co można było sprzedać. Postanowiłem podejść i poprosić, by mnie oprowadzili po podziemnym mieście. Dziwnie na mnie spojrzeli i odradzali wycieczkę mówiąc, że mogę zostać pogrzebany żywcem albo zjedzony przez szczury wielkości kotów. Jeden z nich wspomniał o wybuchu gazu, który przedostał się aż do mieszkania, gdzie służąca zapaliła świecę: „Panie, poleciała w górę. O tak, ziuuuuuuu”.

Obiecałem zapłacić im godziwą sumę, jeśli zaprowadzą mnie do podziemi i uchronią przed śmiercią. Zakupiłem jakieś łachmany na stoisku z odzieżą używaną i byłem gotów.

Czwartek, 15 czerwca

Z samego rana, w czasie odpływu, ubrany w robocze łachmany i uzbrojony w wielki kij do odganiania piekielnych bestii i wymacywania dna, wyruszyłem w otchłań.

Mój przewodnik nosił długi płaszcz z wielkimi kieszeniami, w których schować miał dzisiejsze łupy. Brodziliśmy w szlamie, a ciemność rozświetlała nam jedynie licha lampa. Po drodze poinformował mnie, że powietrze w kanałach chroni przed chorobami, bo przecież takie wielkie szczury zdrowe być muszą. Na pierwszy rzut oka wyglądał dobrze: krzepki, wysoki i energiczny. Dziwnie się czułem, gdy szliśmy tak pod zatłoczonymi ulicami Londynu i tylko od czasu do czasu widzieliśmy małą strużkę światła z powierzchni, słysząc głosy dobywające się jakby z innego świata. My byliśmy zamknięci w cuchnącym, ciemnym Hadesie; oni nie wiedzieli o naszym istnieniu. Przypomniałem sobie moją wizytę w okolicy doków. W ciągu kilku dni zwiedzałem dwa odrębne światy.

Gdy wyszliśmy na powierzchnię, ujrzałem rurę, z której wypływały ścieki. Musiała wychodzić z jakiejś fabryki. Uznałem, że pora zacząć oczyszczać rzekę, a przynajmniej nie dopuścić do większego jej zanieczyszczenia. Pożegnawszy mojego przewodnika, popędziłem do straganu, przy którym wczoraj kupiłem ubranie. Nabyłem tyle szmat, ile mogłem udźwignąć. Po dokładnych oględzinach odpływu, pieczołowicie go zatkałem. Aby upewnić się, że szmaty nie wypłyną, użyłem połamanych desek i kamieni. Muszę zaplanować, jak zaczopować kolejne rury.

Wróciłem do domu brudny i śmierdzący. Pani Bug najpierw popatrzyła na mnie krzywo, potem zrobiła zmartwioną minę. Zasugerowała nawet wizytę u lekarza i zagroziła przytułkiem dla obłąkanych, a do tego pozbawieniem mnie udziałów w naszym biznesie kawowym.

Piątek, 16 czerwca

Wpadł mi w ręce artykuł o jakimś Polaku, którego nazwiska niestety nie zdołałem zapamiętać, o praktycznym zastosowaniu ropy naftowej i o tym, że ma niebawem założyć kopalnię6. Zagłębiłem się w tekst i wtedy do głowy wpadł mi świetny, choć nieco szalony pomysł. Podziemne korytarze obfitowały w złoża metanu, a sama rzeka, niemal całkowicie pozbawiona tlenu, była właściwie płynącym siarkowodorem7. Gdybym jeszcze nabył trochę ropy, mógłbym podpalić rzekę i odkryć siedlisko demona. Potrzebowałem tylko udać się do parlamentu i poprosić o sfinansowanie szczytnego celu. Niestety zdałem sobie sprawę, że realizacja pomysłu wiązałaby się ze śmiercią mieszkańców żyjących zaraz przy nabrzeżach. Postanowiłem zatem umieścić go jako ostatnią pozycję na liście potencjalnych metod zniszczenia demona.

Sobota, 17 czerwca

Dziś postanowiłem, że zacznę ostrzegać mieszkańców. Uznałem, że świetnym sposobem będą plakaty informujące o zbliżającym się niebezpieczeństwie. Północny kraniec mostu Waterloo był doskonałym miejscem na wywieszenie mojego przesłania. Wszyscy tam coś wieszali – znaczyło to, że i ktoś to czyta. Zanim tam poszedłem, zrobiłem cztery kółka dookoła Golden Square. Czułem, że trzy mogą nie wystarczyć. Wszystko zaczęło mnie drażnić.

W pobliżu mostu poznałem kilku katolickich księży, którzy próbowali nawracać grzeszników. Pokiwali głowami i zgodzili się ze mną, że apokalipsa już dawno nadeszła, a Londyn zamienił się w Babilon. Ale kiedy zacząłem im tłumaczyć, że trzeba wysuszyć rzekę, aby odsłonić diabła, a potem go zabić, popatrzyli na mnie ponuro. Czułem, że też mi nie wierzą. Zwyzywałem ich.

Niedziela, 18 czerwca

Dziś zdarzyło się coś przerażającego. Jeden z browarów słynących z portera wyleciał w powietrze. Ulicami płynęła czarna powódź tysiąca galonów piwa, zawaliło się kilka budynków, zginęło wielu mieszkańców8. Nawet nie potrafiłem sobie tego wszystkiego wyobrazić. Gdy o tym pomyślałem, od razu bolały mnie płuca, zupełnie jakbym to ja tonął. Czułem smród i kwaśny smak w ustach. W artykule napisano, że prawdopodobną przyczyną wybuchu był zatkany odpływ kanalizacyjny.

Wtorek, 20 czerwca

Od trzech dni nie zmrużyłem oka, bo opracowywałem doskonały plan! Około dziesięciu mil od Londynu leży miasteczko Teddington, położone dwanaście stóp poniżej poziomu stolicy. W dodatku Tamiza ma tam jedynie trzysta stóp szerokości! Wystarczyłoby wybudować śluzę , aby zatrzymać dopływ wody. Potem tylko wypompować wodę z rzeki w stolicy.

Teraz jedynie musiałem sprawdzić, gdzie usytuowane są pompy firm dostarczających wodę. Myślę, że jeśli odpowiednio przedstawię mój pomysł, użyczą mi ich w tak słusznym celu.

Pani Bug na mnie nakrzyczała, po tym jak weszła do mojego pokoju, a ja chodziłem dookoła całkiem goły. Że niby sieję zgorszenie. Kto by się przejmował ubraniem? Tym bardziej, że mnie gryzło i nie pozwalało myśleć.

Piątek, 23 czerwca

Dziś spotkało mnie coś niezmiernie przykrego. Chciałem odwiedzić naszą kawiarnię. Niestety zostałem z niej wyproszony, bo rzekomo śmierdzę, mamroczę i straszę klientów.

Pani Bug bardzo się zdenerwowała i kazała mi iść do balwierza, bo wyglądam jak „jakiś zdziczały Irlandczyk z St. Giles”9. Istotnie, przestałem się czesać i golić, ale żeby aż wyzywać mnie od Irlandczyków?

Sobota, 24 czerwca

W czasie kolejnej obserwacji Tamizy zaszedłem aż do miejsca, gdzie znajduje się wejście do „Hotelu Hades”, czyli Thames Tunnel. Londyn nader często porównują do Hadesu. To zły znak.

Namęczyłem się z tymi schodami, bo od kiedy źle sypiam, jestem fizycznie wycieńczony. Tunel był mroczny, ale nie aż tak, jak podziemia odwiedzone tydzień temu. We wnękach stały jakieś stragany, nawet nie wiedziałem co tam sprzedają. Nagabywały mnie straganiarki, zaczepiały prostytutki.

Dziwnie tak iść, gdy się wie, że nad głową przepływa rzeka. Poczułem, jak woda ściska tunel i chce się dostać do środka za wszelką cenę. Wtedy zostałem oświecony i do głowy przyszedł mi kolejny pomysł: dziura w tunelu. Woda wedrze się tu i wypłynie, tryskając fontanną szlamu na doki.

Lipiec

Nie pisałem, bo zupełnie straciłem rachubę czasu. Nie pamiętam też, co się ze mną działo.

Miasto dotknęła kolejna epidemia cholery. Nie znam się na medycynie i zupełnie nie rozumiałem, o co kłóciły się dwa obozy zwane miazmatystami i kontagionistami, ale popierałem tego człowieka, który powiedział, że „każdy zapach to choroba”10. Czułem, że Baalzebub miał z epidemią coś wspólnego, że w jakiś sposób jest odpowiedzialny za tę chorobę, zmieniającą zdrowego człowieka w trupa w ciągu jednej doby. W dodatku cholera zaatakowała południowy brzeg Tamizy. Czyż mógł to być przypadek?

Udałem się do Lambeth, żeby sprawdzić jak się sprawy mają. Natknąłem się tam na mężczyznę, który przedstawił mi się jako John Snow11 i był lekarzem. Poznałem nazwisko, doktor Snow był bardzo znaną osobistością. Podawał chloroform naszej królowej podczas porodu, albo nam, zwykłym obywatelom, w czasie wizyt u dentystów.

Okazało się, że mieszka niedaleko mnie, a teraz prowadzi badania, aby udowodnić swoją tezę, że cholerę powoduje coś znajdującego się w wodzie. Tezę poparłem z całego serca i postanowiłem podzielić się z doktorem Snowem moją teorią źródeł choroby. Cholera rzeczywiście rozprzestrzeniała się drogą wodną, a powodować mógł ją, według mnie, sam Baalzebub.

Czwartek, 6 lipca

Dziś odwiedzili mnie doktor Snow i pani Bug. Wdowa poinformowała mnie, że bardzo martwi się o moje zdrowie i że w ostatnich tygodniach wręcz ją przerażam moim zachowaniem, nie mówiąc już o wyglądzie.

Doktor Snow pytał mnie o jakieś nic nie znaczące detale, a ja próbowałem mu przedstawić plan wypompowania wody z Tamizy. Poprosiłem go, aby przy najbliższej okazji powiedział królowej kilka słów o Baalzebubie i niebezpieczeństwie. Błagałem go niemal na kolanach o załatwienie audiencji. Potem groziłem, rzucałem notatkami, cytowałem słowa demona, a gdy wychodził wykrzyczałem w jego stronę: „Nic nie wiesz, Johnie Snow!”.

Piątek, 7 lipca

Nie mogę liczyć na pomoc z żadnej strony. Czuję, że demon przejmuje także moje ciało i umysł. Dostałem jakiejś dziwnej wysypki, a trzy okrążenia dookoła Golden Square nie wystarczały, abym czuł się w tym mieście bezpieczny. Dziś, kiedy tak robiłem dziesiąte okrążenie, podszedł do mnie konstabl i najpierw grzecznie poprosił, abym sobie poszedł, a potem pogonił jak psa. Podobno straszyłem mieszkańców. Mruczałem pod nosem, wygrażając pięściami. Teraz sobie myślę: może naprawdę to miasto zasługuje tylko na zniszczenie.

Gdy wróciłem do domu, w progu pani Bug powitała mnie informacją, że już zawiadomiła odpowiednie służby medyczne, które się mną zajmą, bo stanowię zagrożenie. Wiedziałem, że mówi o Bethlem. Pod Bethlem swoje źródło ma rzeka Neckinger12. NIE JEST TAM BEZPIECZNIE!

Widzę przez okno: nadjechał pojazd, wysiadają dwie osoby. Mają czerwone oczy i długie, małpie ramiona sięgające do kolan. Patrzą na mnie przez ścianę. Widzą mnie. Śmieją się.

Szepty.

Szumy.

Szkarłatny Król, Władca Much13 jest już blisko.

Miasto zatonie pod szlamem i wśród nieczystości.

Stanie się pustym placem, na którym znów wybuduje się Londinium.

Historia zatoczy koło.


Tekst zaczął powstawać na początku 2016 roku, w trakcie pracowania nad jeszcze innym tekstem, który miał się dziać w czasie epidemii cholery w Soho 1854 roku (tekstowa incepcja!). Bardzo pomógł mi rodowity Londyńczyk, Chris, informując mnie gdzie rzeka jest najniżej, gdzie najwyżej, gdzie jest najszersza, a gdzie najwęższa. Opowiadanie zostało wysłane do pewnego konkursu, gdzie nawet zakwalifikowało się do drugiej tury, lecz ostatecznie ukazało się w  2018 roku, w 58 numerze (Fantastyka Miejska) czasopisma Creatio Fantastica.


 

  1. W po­ło­wie XIX wie­ku w Lon­dy­nie znaj­do­wa­ło się oko­ło trzy­stu sto­isk z kawą, więk­szość w oko­li­cy pla­ców tar­go­wych i na ro­gach naj­ru­chliw­szych ulic. Ku­bek „kawy” (200 gram kawy na 19 li­trów wody) kosz­to­wał 1 pens.
  2. Most Wa­ter­loo zo­stał otwar­ty w 1817 roku i od razu zy­skał kil­ka nazw: most smut­ków, most wes­tchnień, łuk sa­mo­bój­ców, skok ko­chan­ka. W po­ło­wie XIX wie­ku śred­nia ilość sa­mo­bójstw na tym mo­ście wy­no­si­ła trzy­dzie­ści rocz­nie.
  3. W 1858 roku magazyn Punch opisał Tamizę jako „jeden wielki ściek”. Kawałek deski wrzuconej do rzeki z London Bridge płynął do morza około jedenastu tygodni z oszałamiającą prędkością 1km/14h.
  4. Nazwy brytyjskich rzek Tamiza, Tamar, Teme, Taff pochodzą od celtyckiego „tam” – gładki, rozłożysty, „tame” – ciemny. „Isa/esa” nastomiast znaczą bieżącą wodę, wodę płynącą. Ale jeśli przyjrzeć się nazwie jednego z dopływów Gangesu – Tamasa (mroczny) – można dojść do wniosku, że nazwa Tamizy pochodzi jeszcze sprzed czasów celtyckich.
  5. Dzieci zajmujące się zbieraniem przedmiotów wyrzuconych przez rzekę w czasie odpływu nazywano mudlarks.
  6. gnacy Łukasiewicz w 1854 roku otworzył w Bóbrce niedaleko Krosna pierwszą na świecie kopalnię ropy naftowej.
  7. Woda w tamtych czasach była czarna od złóż siarczku żelaza, dodatkowo przez zanieczyszczenie nie zawierała w ogóle tlenu. Istnieje powiedzenie to set the Thames on fire, które odnosi się nie do siarkowodorów, ale do temse – sita. Wierzono, że przy odpowiednio energicznym przesiewaniu mąki, sito mogłoby się zacząć palić. Na nieefektywnego pracownika można było powiedzieć: He will never set the temse on fire.
  8. wybuchu jednej z kadzi. Zginęło osiem osób.
  9. Dyskryminacja Irlandczyków (hibernofobia) zaczęła się już w średniowieczu, ale w XIX wieku przybrała większe rozmiary. W czasie Wielkiego Głodu do Wielkiej Brytanii przybyło wielu Irlandczyków. Wykonywali najgorsze prace, a Anglicy rysowali satyryczne rysunki przedstawiając ich jako pijane małpy. Największym skupiskiem Irlandczyków były slumsy w St. Giles-in-the-fields.
  10. Autorem cytatu jest Edwin Chadwick, reformator społeczny. Ruch miazmatystów twierdził, że wszelkie choroby powoduje złe powietrze i wyziewy. Teoria ta upadła w 1880 roku wraz z powstaniem teorii kontagionistów, że choroby są wywoływane przez zarazki.
  11. John Snow oprócz tego, że był anestezjologiem, próbował zgłębić tajemnicę rozprzestrzeniania się cholery. Podejrzewał, że cholerę powodują nie wyziewy, ale coś, co znajduje się w jedzeniu albo wodzie. Na podstawie raportów zgonów i wizytacji w domach ofiar potwierdził swoją teorię, że na cholerę można zachorować po spożyciu wody. John Snow był ojcem nowoczesnej epidemiologii.
  12. Na początku XIX wieku Bethlem Asylum (dziś znany jako Królewski Szpital Bethlem) przeniesiono na St. George’s Fields w Southwark (okolice Lambeth Road), w tym samym miejscu znajdowało się źródło rzeki Neckinger, której nazwa znaczy „krawat diabła” – linę wisielca.
  13. Beelzebub, Beel-Zebub, Baal-Zebub, popularnie zwany Władcą Much, Karmazynowym bądź Szkarłatnym Królem, Antychrystem.
Back to Top