web analytics

inspiracje konkursowe

Pomyślałam, że przyda wam się nieco inspiracji w morderczo-zielonym konkursie. Oto one. Pamiętajcie, że więcej ciekawostek znajdziecie na moim Instagramie oraz w wywiadach na tej stronie.

Historia zielonego pigmentu

W 1775 roku Carl Wilhelm Scheele opublikował badania nad właściwościami chemicznymi białego arszeniku, który okazał się tlenkiem kwasowym. Jak już wspomniałam, badał reakcje tego kwasu z różnymi metalami takimi jak złoto, rtęć, kobalt i miedź. Połączenie z tym ostatnim dawało związek o pięknym zielonym kolorze. Zachęcony odkryciem zaczął testować zielony pigment pod kątem przydatności w malarstwie. Po trzech latach, w 1778 roku, Scheele opublikował sposób jego przygotowania, jednak nie na tyle dokładny, aby ktoś inny mógł produkować ten pigment. Metoda była prosta i polegała na dodaniu roztworu niebieskiego witriolu (siarczan miedzi) do roztworu arsenianu(III) potasu. W 1783 roku pojawiło się niemieckie tłumaczenie przepisu, dwa lata później francuskie i angielskie. Zieleń Scheelego to wodoroarsenin miedzi(II), ale historyczna nazwa, to arsenin miedziowy.

Jednak zieleń Scheelego nigdy nie stała się popularnym pigmentem – była zbyt droga, a poza tym istniały problemy techniczne z jej przygotowaniem w masowej produkcji. Zieleń nie miała zawsze tego samego odcienia z powodu zanieczyszczeń w składnikach chemicznych, a powstały osad był czasem bardzo trudny do zmielenia.

Proces produkcji „ulepszonej” formy pigmentu został opatentowany1 przez Williama Parkera w Anglii w 1812 roku. Metoda polecała na łączeniu potasu i białego arszeniku w wodzie, następnie substancje mieszano stopniowo na zimno z roztworem siarczanu miedzi(II). Pigment był sprzedawany pod nazwą zieleń patentowana, rekomendowana do malowania domów i statków (np. zieleń pokładowa), gdyż nie szkodziła mu słona woda.

Tymczasem we Schweinfurcie i Wiedniu jednocześnie trwały badania nad tańszą i prostszą metodą wytworzenia zielonego pigmentu inspirowanego zielenią Scheelego. W fabryce w Kirchbergu Ignaz von Mitis od 1814 roku produkował swój własny zielony pigment (acetoarsenian miedzi) pod nazwą zieleń Mitisa, czasem zwany zielenią wiedeńską. Natomiast inny przedsiębiorca, Wilhelm Sattler, właściciel Schweinfurckiej Farben, Bleiweiss und Farbmühle Fabrik, przeczytał w „Chemische Annalen”, że grynszpan po połączeniu ze związkami arsenu tworzy piękny zielony kolor. Z pomocą zaprzyjaźnionego farmaceuty Friedricha Russa rozpoczęli próby uzyskania własnego odcienia żywej zieleni, zieleni schweinfurckiej. Obydwa odcienie w historii anglojęzycznej zapisały się jednak jako zieleń szmaragdowa. 

Przepis na zieleń szmaragdową był sekretem aż do lata 1822 roku, kiedy niejaki pan Noël, właściciel manufaktury tapet z Nancy, przekazał nieco importowanego z Niemiec pigmentu chemikowi Henriemu Braconnotowi, prosząc o jego zbadanie. Ostatecznie metoda produkcji ich odcienia zieleni zwana jest siarczanową i polega na rozpuszczeniu siarczanu miedzi w małej ilości gorącej wody. Arszenik gotowano osobno z węglanem potasu, aż uwolni się dwutlenek węgla. Następnie wszystko łączono, do momentu ustania musowania i powstania zielonkawożółtego osadu. Po dodaniu kwasu octowego lekko krystaliczny zielony proszek oddzielał się na dnie naczynia. Henri Braconnot opublikował swoje badania w czasopiśmie „Annales de chimie et de physique”2. Artykuł Francuza zainteresował Justusa von Liebiga, który twierdził, że już dwa lata wcześniej zaczął badać na własną rękę zieleń Mitisa. W jego przepisie na zieleń wystarczyło połączyć grynszpan z kwasem octowym i arszenikiem.

Mordercze zielone łakocie

Jeśli chcielibyście pisać o trujących słodyczach, to dzielę się z wami inpirującymi cytatami, oto jak wyglądało zatrucie:

Odkryłem, że troje dorosłych i ośmioro dzieci wymiotuje i ma odruchy wymiotne, a kąciki ust, i pościel zostały zafarbowane na zielono zwymiotowaną materią. Jedno z dzieci oświadczyło, że kupiło dwie kolorowe ozdoby spożywcze za pensa, które wszyscy następnie spożyli. Objawy pojawiły się w ciągu dziesięciu minut od zjedzenia3

Natomiast jeśli chcielibyście pisać o lekarzach i chemikach, którzy tropili niepełnowartościowe jedzenie (często zawierające truciznę, nie tylko zieloną), to dzielę się z wami cytatem z pisma satyrycznego “The Punch”, który tak pisał o redaktorach czasopisma medycznego “The Lancet”:

Współczesny nam „Lancet” zyskał duże uznanie społeczności poprzez ustanowienie nowego rodzaju policji, którą można by nazwać Detektywami Naukowymi. Zadaniem tych Detektywów jest przeprowadzenie dochodzeń i ujawnienie fałszerstw produktów żywnościowych praktykowanych w sklepach spożywczych przez grupę łajdaków podających się za sprzedawców i innych handlarzy. Podczas swoich dochodzeń śledczy „Lancetu” posługuje się mikroskopem, który stanowi narzędzie dużo potężniejsze niż ludzkie oko, rzucając światło na dane oszustwo. Za pomocą tego instrumentu odkryto ogromne ilości nikczemnych substancji w kawie, marancie trzcinowej i innych składnikach odżywczych sprzedawanych, przynajmniej niektóre z nich, jako „szczególnie polecane kalekom”. „Lancet” popiera wysiłki swojego śledczego, śmiało publikując adresy szubrawców, w których oszukańczych placówkach zostały zakupione bezwartościowe okazy. Gdyby któryś z oszustów napiętnowanych na łamach „Lancetu”, we współudziale z miernej reputacji prawnikiem i nieszczerym adwokatem, śmiał wystąpić w zemście na drodze prawa, „Punch” ma nadzieję, że spotkają się z dwunastoma prawymi członkami ławy przysięgłych, którzy wygonią zarówno ich, jak i ich prawnych wspólników z gmachu sądu4.

Mordercze tapety

Profesor Stanisław Janikowski, który był dziekanem Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego, a także pracownikiem w Katedrze Medycyny Sądowej i Policji Lekarskiej oraz redaktorem wspomnianego „Przeglądu Lekarskiego”, zawiadomił o zatruciu arszenikiem dwóch osób mieszkających w pokoju obitym zieloną tapetą. Pacjenci cierpieli na paraliż rąk i nóg, oprócz tego „dostrzeżono podczas choroby wiąd, czyli schnięcie organów porażonych, trudności mowy, zwiększoną wagę ciała i zabarwienie ciemno-cisawe skóry”. Lekarz i profesor chemii lekarskiej, Aleksander Stopczański, zbadał tapety i potwierdził obecność arszeniku, „który również wyśledzono w wydzielinach chorych”5.

Jak mieszkaniec zielonego pokoju mógł się czuć? Tak:

Jesienią 1856 mój gabinet o powierzchni około 14 stóp kwadratowych i wysokości 11 stóp, został wytapetowany nowo wyprodukowaną flokowaną tapetą w kolorze zieleni szmaragdowej. Zacząłem w pomieszczeniu przebywać regularnie co wieczór przez około pięć lub sześć godzin, oświetlając go gazem za pomocą palnika motylkowego. W ciągu kilku dni zacząłem odczuwać problemy zdrowotne w postaci ciągłego bólu głowy, suchości w gardle i na języku oraz wewnętrznego rozdrażnienia. Nie mogłem przypisać tych objawów żadnej konkretnej przyczynie, gdyż nie nastąpiła w moich nawykach żadna zmiana, a wcześniej moje zdrowie było w doskonałej kondycji. Nie wchodząc zbytnio w szczegóły, wystarczy powiedzieć że po około trzech tygodniach kompletnie zwaliło mnie z nóg i prawie utraciłem czucie w lewej stronie ciała, byłem przez pewien czas pod opieką dwóch lekarzy6.

Sztuczne kwiaty

Gdybyście chcieli pisać o pracownikach manufaktur sztucznych kwiatów, to warto wspomnieć jak zielony pigment wpływał na ich zdrowie:

Francis Hamdash, lat 45, zajmuje się barwieniem prześcieradeł muślinowych używanych do wytwarzania liści i innych części sztucznych kwiatów; dawniej trudnił się okurzaniem muślinu barwnym arseninem miedziowym lub zielenią szmaragdową. Powodowało to, że [pył] fruwał po pomieszczeniu i padał na ubrania; [pacjent] prawie natychmiast zaczął chorować, cierpiał na ciągłe mdłości, utratę apetytu, pragnienia i ból głowy; czasami miał biegunkę, ból gardła i tkliwość dziąseł; jest znacznie bardziej nerwowy niż wcześniej. […] Richard G., w wieku lat 27, zajmuje się wytwarzaniem sztucznych liści – czyli wycina liście z barwionych arkuszy muślinu; pracuje około dwunastu miesięcy; był w dobrym zdrowiu, dopóki nie zaczął używać szmaragdowej zieleni […]. Około czternastu dni po użyciu koloru rany pojawiły się w różnych częściach ciała: na dłoniach, czole, za uszami, u nasady paznokci i na mosznie7.

Zielone suknie

Szycie zielonych sukni (tak jak produkcja sztucznych kwiatów) nie było bezpieczne dla krawcowych. „Kurjer Warszawski” donosił o wypadku w Paryżu, gdzie zdarzył się przypadek:

iż pięć szwaczek zajętych robotą sukni z gazy zielonej, zachorowało tak ciężko i z symptomami tak widocznie wykazującymi wpływ arszeniku, że chemikowi Payen polecono zbadanie tego wypadku. Przekonał się on, że tak zwana schweinfurcka farba zielona dawała kolor tej gazie i że gaza za dotknięciem wydawała pył z tej farby. Jeżeli przeto szwaczki od tej sukni zachorowały, cóżby dopiero czekało osobę, która by tę suknię miała na sobie8.

Jak czuła się modna dama na balu w zielonej sukni?

Młoda jedna pani poszła na wieczór, ubrana w suknią jasno-zieloną tarlatanową. Przetańczywszy kilka kontredansów, uczuła nagłe osłabienie, brak tchu, dreszcze i ból głowy. Opuściła niezwłocznie bal; wkrótce było jej lepiej, jednak osłabienie trwało do trzeciego dnia. Wezwany lekarz, przekonawszy się, że nie było żadnego innego powodu słabości, zwrócił uwagę na kolor sukni; rozbiór chemiczny przekonał, że do farby zielonej wchodziła znaczna ilość arszeniku miedzi. Według opinii profesora Blasius, przez ruch sprawiony tańcem, zwłaszcza przy dzisiejszej objętości sukien, ulata wielka ilość pyłu, która oddziaływa szkodliwie na płuca, a przez nie zatruwa cały organizm9.

Pamiętajcie, że nie tylko suknie były barwione na zielono!

Farby, farbki, atramenty

W „British Medical Journal” znalazł się opis młodego mężczyzny, który nagle w nocy zachorował. Oprócz wymiotów i biegunki cierpiał na ostry ból brzucha, a do tego czuł się słaby, zemdlał, był blady, a powieki miał czerwone i opuchnięte. Lekarz zauważył, że na języku brak było nabłonka, był obolały i nieco powiększony. Kilka tygodni wcześniej z powodu innych schorzeń przebywał na rekonwalescencji i w tym czasie bawił się, robiąc kartki świąteczne,

które malował głównie jasną zielenią, nie będąc świadomym subtelnej natury farb i nie będąc przyzwyczajonym do ich używania. Nie zastosował żadnych środków ostrożności […], zaniedbał mycie rąk przed posiłkami, a pod paznokciami zgromadziły się duże ilości materiału. Miał w zwyczaju trzymać pędzle między zębami, poza tym pracował długo i energicznie w małym ogrzewanym pomieszczeniu.10

Palenie zabija

W numerze „The Times” z 13 sierpnia 1861 pojawił się krótki list od „Palacza”. Informował on o ostatnim swoim zakupie fajki z pianki morskiej pomalowanej na zielono:

Chemik ostrożnie poinformował mnie, że usta nie powinny dotykać fajki, a należy jej używać z ustnikiem z gumy indyjskiej. Powodu nie podał. Mój bratanek, student medycyny, który mnie odwiedzał, gdy zobaczył mnie z fajką w domu, zasugerował, bym jej nie używał. Rzekł: wszyscy od nas od nich cierpią. Jego koledzy są studentami szkoły medycznej, a po użyciu takich fajek cierpieli z powodu bólu gardła i innych objawów arszeniku wprowadzanego do organizmu.

I wiele wiele innych sprzętów!

Powodzenia w pisaniu!

 

 

  1. British Patent 3594; 8.09.1812
  2. tom 21, 1822
  3. Poisoning by confectioner’s ornaments. Communicated by Mr. Hetley, visiting surgeon to the St. Marylebone Infirmary, „Pharmaceutical Journal”, 1.10.1847.
  4. The Lancet’s detective force, „The Punch” 1851, vol. 20.
  5. „Gazeta Warszawska”, 21.05.1877–2.06.1877, nr 119.
  6. „The Times”, 11.01.1858
  7. A.H. Hassall, On the danger of green paint in artificial leaves and flowers, „The Lancet”, 1.12.1860.
  8. „Kurjer Warszawski”, 10.05.1857.
  9. „Magazyn Mód i Nowości Dotyczących Gospodarstwa Domowego”, 17.03.1861, nr 11.
  10. „British Medical Journal”, 6.01.1877.
Back to Top