web analytics

Moi rozmówcy

W książce starałam się, aby w każdym rozdziale wypowiedziała się osoba, która na danym temacie się zna. Jakim cudem udało mi się nakłonić do rozmowy wszystkich tych specjalistów pojawiających się w książce? I jak ich w ogóle znalazłam? O tym będzie w tym wpisie!

Wszystko zaczęło się od morderczych książek.

Kiedy czytałam źródła, wpadła mi krótka notatka o dziecku, które bawiło się akwarelami i użyło małej książeczki z jasnozieloną okładką jako palety. Przez jakiś czas chłopiec mieszał farby na okładce za pomocą palca i śliny (a któż tak nie robił?!?!). Potem nagle dostał konwulsji, a wezwani w pośpiechu lekarze oświadczyli, że dziecko zostało otrute1. Zaczęłam szukać informacji, czy istnieją inne podobne przypadki i tak odkryłam Poison Book Project, projekt w ramach którego badane są okładki dziewiętnastowiecznych książek o podejrzanych jaskrawo zielonych okładkach. Napisałam maila do głównej konserwatorki, dr Melissy Tedone (instagram) krótko przedstawiłam o czym piszę i spytałam, czy nie zechciałaby ze mną porozmawiać o morderczych zielonych książkach. Rozmawiałyśmy przy jej porannej a mojej popołudniowej kawie, a Melissa rozmowę zaczęła od pytania, jakim cudem znalazłam jej projekt (no przecież przez Google, a jak inaczej?).

Zachęcona pierwszą rozmową napisałam do prof Alison Matthews David (twitter), której książkę Fashion Victims: The Dangers of Dress Past and Present czytałam przed laty (jeden z rozdziałów traktuje o sztucznych kwiatach i zielonych sukniach) i tak jak poprzednio przedstawiłam mój projekt i spytałam, czy zechciałaby ze mną porozmawiać. Alison prowadzi zajęcia w School of Fashion na uniwersytecie Ryersona w Kanadzie, więc umówiłyśmy się na wywiad poprzez maile, bo rozmowy w porze innej niż nasz środek nocy nie byłyby możliwe. Podzieliła się ze mną obrazkami ze swojej prywatnej kolekcji (które znajdą się w książce np. rycina z żurnala, na której do pokolorowania sukni na zielono użyto arsenicznego pigmentu) oraz załatwiła mi zgodę na użycie zdjęć zielonej sukni (morderczej oczywiście) z jej uniwersytetu.

Najzabawniejsza sytuacja zdarzyła się natomiast, gdy wnioskowałam o możliwość użycia zdjęcia zieleni w słoiczku z kolekcji Forbes Pigment Collection w Harvard Art Museums. Wypełnia się w tym celu formularz z danymi. Potem odezwał się ktoś z muzeum i zapytał o szczegóły publikacji. Gdy już się wyspowiadałam, gdzie chcę użyć obrazek, pracownica muzeum napisała do mnie, że dr Narayan Khandekar, który pełni stanowisko dyrektora centrum konserwatorsko-technicznego oraz centrum technicznych analiz sztuki nowoczesnej jest zainteresowany moją książką (choć nie zna polskiego!) i w zamian za obietnicę wysłania mu jednego egzemplarza, da mi jeszcze dziesięć zdjęć innych marek morderczej zieleni. A wyślę mu nawet w twardej oprawie, pomyślałam sobie i napisałam pytanie, czy w takim razie pan Khandekar miałby czas porozmawiać ze mną o jego pracy i pigmentach. W ten sposób w książce przeczytacie o tym jak działa taka biblioteka wszystkich możliwych pigmentów, jakie kiedykolwiek ludzie wymyślili!

Z kolei z pewną taką dozą nieufności podszedł do mnie profesor Mirosław Wachowiak z UMK w Toruniu i wcale się mu nie dziwię, też długo zastanawiałam się, czy mogę pisać wprost do prodziekana Wydziału Sztuk Pięknych, że znalazłam w Google artykuł, którego był współautorem i że chciałabym porozmawiać z nim o morderczej zieleni na obrazach polskich artystów. Wstępnie umówiliśmy się na rozmowę, a z krótkiej rozmowy zapoznawczej wyszło dwie godziny opowieści o obrazach i pigmentach 🙂

Jedyną osobą z całej tej wesołej brygady, którą wcześniej znałam była dr Jennifer Wallis (dawna znajomość z twittera). Jest historykiem medycyny i psychiatrii na Imperial College a poza tym pochodzi z Bradford, gdzie miał miejsce słynny epizod z masowym zatruciem arszenikiem w słodyczach. Więc rozmowa z nią to było takie zamknięcie tematów historycznych.

Pozostały jeszcze tematy bardziej medyczne i chemiczne. Tak się dobrze składało, że jeden z autorów, który wydał również w Wydawnictwie IX jest chemikiem! Zatem Marcin “Covalus” Kowalczyk (instagram) okiem na to, czy nie wypisuję głupot w nazwach związków i porozmawiał ze mną o morderczym gazie z morderczych tapet (tym, który pachnie czosnkiem bądź myszą, w zależności kto to opisywał).

Jeśli chodzi o chemików, to pisząc podrozdział o tym, czy dzisiejsza zieleń jest nieszkodliwa trafiłam na artykuł z NY Times, gdzie cytowano niemieckiego chemika, prof Michaela Braungarta, współautora książki i idei Cradle to Cradle2. Napisałam na adres widniejący na jego stronie internetowej i w ciągu kilku dni odpisała mi sekretarka, że pan profesor bardzo chętnie się ze mną zdzwoni. To była najkrótsza rozmowa, bowiem profesor jest bardzo zajęty, ale za to w ciągu kilku minut opowiedział mi tyle rzeczy nie tyle o zielonym pigmencie, ale o demonicznym mikroplastiku i o tym jak Lidl jest zły, bo wykorzystuje 50 rozdziałów plastiku i zero recyclingu.

Do szczęścia brakowało mi rozmowy z toksykologiem. Ale jak takiego z Googla namówić na rozmowę o arszeniku? Podeszłam zatem do tego z innej strony, sprawdziłam na Youtube czy jest jakiś medialny toksykolog, który wypowiada się w mediach. I oczywiście, że taki istnieje! Lekarz medycyny, Eryk Matuszkiewicz  z oddziału toksykologicznego poznańskiego szpitala wypowiadał się o dopalaczach, e-papierosach i innych takich, dlatego postanowiłam do niego napisać. Pan doktor od razu odpisał, że z przyjemnością odpowie na moje arseniczne i toksykologiczne pytania.

Ale…. Ale że z pisania najbardziej lubię research, przypomniało mi się, że czytałam o przypadkach ekshumacji z powodu podejrzenia zatrucia arszenikiem. W grobie znaleziono resztki zielonych ubrań, sztuczne kwiaty i arszenik w resztach zmarłych. Pytanie brzmiało, czy da się określić, czy trucizna była podana za życia, czy dostała się do ciała po śmierci z ozdób? Brakowało mi jeszcze patologa! A że przypadkiem miałam wizytę u lekarza, to na odchodne spytała, czy zna jakiegoś patologa. Okazało się, że zna i to sądowego i polecił mi się powołać na niego. I tak to napisałam do dr Filipa Bolechały z Zakładu Medycyny Sądowej Collegium Medicum UJ, który pomaga również policji z Archiwum X rozwiązywać zbrodnie sprzed lat. Przy okazji spytałam pana doktora, czy w Polsce również kwitł proceder porywaczy ciał na badania anatomiczne – nie, nie istniał 🙁

Mam nadzieję, że zachciałam was do pisania do obcych ludzi, obojętnie z jakim tytułem naukowym i zadawania im pytań. Ważne, że są ludzie, którzy jarają się tym, czym się zajmują i chętnie dzielą się wiedzą i doświadczeniami.

No i mam nadzieję, że książka o morderczej zieleni się wam spodoba!

  1. E.S. Wood, Arsenic as a domestic poison, Massachusetts 1884.
  2. Idea od kołyski do kołyski to przeciwieństwo cradle to grave (produkcja, użytkowanie, usunięcie odpadu), chodzi o to, by wytwarzać produkty w taki sposób, by zużyty materiał móc później przetworzyć do wyższej jakości towarów. Zużyte surówce znajdują się cały czas w obiegu, więc generuje się mniej odpadów. Jest jeden warunek, produkt musi być całkowicie pozbawiony toksycznych materiałów, bezpieczny dla zdrowia i środowiska. Istnieje wiele produktów, w tym Polskich, oznaczonych certyfikatem Cradle to Cradle.
Back to Top